Dołącz do sympatyków akcji

NAJNOWSZE

05-paź-14 17:37
Dobrodzień (Guttentag)

Za Żydami z przedwojennego Dobrodzienia tęskni moja znajoma- wspaniała, starsza pani...

zobacz...

02-maj-14 19:15
Akcje

W dniach 1-7 lipca 2014 już po raz dziewiąty w Krakowie odbędzie się Szkoła Letnia "Nauczanie o Holokauście" organizowana wspólnie przez Centrum Badań Holokaustu Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Illinois Holocaust Museum and Education Center (Skokie USA), we współpracy z licznymi organizacjami krajowymi i zagranicznymi. Bezpłatny program adresowany jest do nauczycieli, edukatorów i liderów organizacji pozarządowych zajmujących się tematyką Zagłady.

zobacz...

29-kwi-14 05:10
Zary

Urodziłem się Polsce i mieszkałem do dwudziestego drugiego roku mojego źycia. Polska była moją ojczyzną i mój ulubiony kraj.

zobacz...





Rozmowa w Przekroju

Rozmowa w Przekroju.

Oto zapis e-mailowego wywiadu, jaki przeprowadziła ze mną Anna Szulc z Przekroju 15 lipca 2010 roku. Na podstawie tej rozmowy pani Szulc opublikowała swój tekst w Przekroju 20 lipca 2010 roku. Czytając oba teksty, otrzymuje się interesujący wgląd w sposób pracy dziennikarki Anny Szulc.

soliman

Anna Szulc, Przekrój: Przed spaleniem stodoły motywował Pan ten drastyczny akt jako "próbę odbudowania wspólnoty cierpienia". Czy uważa Pan tę próbę za udaną? Czy ma Pan poczucie odbudowania wspólnoty cierpienia? Czy udało się Panu zrobić wszystko tak, jak Pan zaplanował? Jakie uczucia towarzyszyły Panu przed spaleniem stodoły, w trakcie i po?

Rafał Betlejewski: Udało mi się przeprowadzić projekt dokładnie zgodnie z planem. W czasie realizacji byłem poddawany wielu naciskom, płynącym ze wszystkich możliwych kierunków, od najbliższej rodziny, przez środowiska opiniotwórcze, widzów spektaklu, po władze samorządowe, policję i straż pożarną. Oczekiwałem, że tak będzie. Próbowałem więc przede wszystkim skoncentrować się na celu, żeby nie zgubić z oczu swojego podstawowego zadania: stworzenia wciągającego, angażującego, polemicznego i ważnego spektaklu, teatru, który stanie się dla nas wszystkich polem uruchomienia emocji. Moim zamierzeniem, jak zawsze w moich spektaklach, było doprowadzenie do emocjonalnej katastrofy, którą rozumiem jako moment, w którym iluzja spektaklu staje się tak pełna, że jest nie do odróżnienia od rzeczywistości. Stwarzam sztuczne zjawisko, opisuję scenę, wkraczam na nią, po czym staram się wciągnąć publiczność do tego stopnia, by widzowie utracili możliwość odróżniania prawdy od fałszu, iluzji od rzeczywistości, by ich własne fobie i omamy zaczęły wydawać się im "obiektywną i racjonalną" oceną rzeczywistości. Ten moment "znikania artysty", gdy teatr przeistacza się w rzeczywistość, a rzeczywistość w teatr, moment w gruncie rzeczy iluzjonistyczny, interesuje mnie najbardziej. Jest to moment zbiorowej hipnozy, gdy nasza wyobraźnia, która ze swojej natury jest maszynerią stwarzającą świat, zaczyna brać nad nami kontrolę. Jest to dla mnie moment przeistoczenia, punkt krytyczny, w którym dokonuje się postęp na drodze do świadomości, widzenia, rozumienia. Jest to moment, w którym ulegając szaleństwu odzyskujemy możliwość wyrwania się - choć na chwilę - poza własne ograniczenia.

Gdy patrzę na reakcje publiczności, zapał, z jakim wiele osób wykrystalizowało swoje opinie, wydaje mi się, że mój cel został osiągnięty i mam z tego pełną satysfakcję.

Jeśli zaś chodzi o "wspólnotę cierpienia", jest to pytanie do publiczności. Sądzę, że była ona osiągalna dla tych osób, które patrząc na płonącą stodołę, a wcześniej kontemplując nieuchronność nadciągającej zagłady, pozwoliły sobie poddać się procesowi, zrezygnowały z kontroli nad swoimi emocjami, pozwoliły im przepływać swobodnie. Empatia, współodczuwanie rodzi się wtedy, gdy odstępujemy od pokusy formowania opinii, kiedy odpuszczamy własny punkt widzenia, kiedy rezygnujemy z fałszywej satysfakcji, jaką daje nam "własny pogląd". Taki stan, jest stanem odrzucenia ideologii, tyranii światopoglądu, mody, trendu, estetyki, gustu, grupy opiniotwórczej, To moment uruchamiający intymność.

We wszystkich swoich działaniach zachęcam do poszukiwania intymności. Wiem, że to trudne. I wiem, jak wielką pokusą jest ideologizacja, wiara w "prawdę".
Trzeba jednak pamiętać, że prawda nie istnieje, a jedyną naturą rzeczywistości jest paradoks.

Anna Szulc, Przekrój: Jak Pan skomentuje zachowanie uczestników wydarzenia, osób, które miały w nim uczestniczyć, ale z różnych powodów tego jednak nie zrobiły, ale też komentarze wielu, różnych środowisk żydowskich, które najczęściej podważają sens Pańskiej akcji (w kategoriach rozliczeń Polaków z przeszłością, czy refleksji nad stosunkiem Polaków do Żydów).

Rafał Betlejewski: Jeśli chodzi o Żydów, to poświęciłem wiele energii i czasu na wysłuchanie ich poglądów, poznanie ich postaw. Dwukrotnie byłem w synagodze Nożyków na debatach, w gminie żydowskiej, rozmawiałem z rabinem Schudrichem, prowadziłem rozliczne dyskusje mailowe, osobiste itd.

W moim przekonaniu bycie Żydem jest w poholocaustowej Polsce niezwykle trudne, negocjacja ze światem i polską paranoiczną rzeczywistością uciążliwe i męczące, a zmaganie się z uprzedzeniami jest dla tych ludzi codziennością. W sensie ontologicznym nie uważam jednak, aby bycie Żydem było czymś szczególnym. Jest to ten sam trud egzystencjalnego określenia się wobec własnej tradycji i kosmicznej pustki jaka jest udziałem wszystkich ludzi. Mam więc wiele zrozumienia dla trudów żydowskiej tożsamości, ale w najdalszym dystansie mojego spojrzenia dostrzegam tragizm zjawiskja tożsamości zarówno po stronie Żydów, jak i Polaków, jak i każdej innej narracji społecznej.

W tym sensie moja praca nie tyle dotyczy Żydów i Polaków, co w ogóle człowieka. Mam nadzieję, że kiedyś będzie to czytelne. W najbardziej ekstremalnej formie, moja propozycja dla obu stron jest taka sama: proponuję rezygnację z zajmowanych pozycji na rzecz przejścia na drugą stronę. Odrzucenia siebie.

Anna Szulc, Przekrój: W swoim komentarzu Piotr Kadlcik porównał Pana akcję do pikniku i jarmarcznej atmosfery. Jak Pan sam ocenia sposób jej przeprowadzenia? Jakimi słowami, by Pan ją nazwał (już po fakcie)? Jako widowisko, performance...?

Rafał Betlejewski:  Długo zastanawiałem się, w jaki sposób przeprowadzić spalenie, wiedząc, że będzie w nim uczestniczyć lokalna społeczność. Doszedłem do wniosku, że festyn jest najlepszą, bo najbardziej autentyczną i naturalną formą wiejskiej ekspresji masowej. Inną jest msza, ale to nie wchodzi w grę. Wiem natomiast, że każdy z nas wynosi z wychowania silne oczekiwania w stosunku do formy rytuału. Uznajemy, że coś jest stosowne, a coś innego nie, i to zapatrywanie jest w nas bardzo mocno ugruntowane. Dlatego właśnie tak trudno nam zrozumieć, że Murzyni w Nowym Orleanie potrafią radośnie śpiewać i tańczyć, idąc za trumną.

Piotr Kadlćik formułuje postulaty w stosunku do przeprowadzanego przeze mnie rytuału zgodne z własną najlepszą wiedzą, która jednak z punktu widzenia antropologii może być rozumiana jako przesądy.

Anna Szulc, Przekrój: Czy czegoś Pan żałuje? Czy podpaliłby Pan jeszcze raz stodołę? A jeśli tak, to z tych samych powodów, co teraz?

Rafał Betlejewski: Ponownie palić stodoły nie będę. Proszę zrozumieć moje działanie jako zaplanowany bardzo szeroko performance, tak zwany performance totalny. Ten trwał 3 miesiące, objął cały kraj, dotknął bardzo wielu ludzi i jestem trochę zmęczony.