Dołącz do sympatyków akcji

NAJNOWSZE

05-paź-14 17:37
Dobrodzień (Guttentag)

Za Żydami z przedwojennego Dobrodzienia tęskni moja znajoma- wspaniała, starsza pani...

zobacz...

02-maj-14 19:15
Akcje

W dniach 1-7 lipca 2014 już po raz dziewiąty w Krakowie odbędzie się Szkoła Letnia "Nauczanie o Holokauście" organizowana wspólnie przez Centrum Badań Holokaustu Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Illinois Holocaust Museum and Education Center (Skokie USA), we współpracy z licznymi organizacjami krajowymi i zagranicznymi. Bezpłatny program adresowany jest do nauczycieli, edukatorów i liderów organizacji pozarządowych zajmujących się tematyką Zagłady.

zobacz...

29-kwi-14 05:10
Zary

Urodziłem się Polsce i mieszkałem do dwudziestego drugiego roku mojego źycia. Polska była moją ojczyzną i mój ulubiony kraj.

zobacz...





Nie nasza stodoła

Nie nasza stodoła

Tekst Małgorzaty Maciejewskiej

Kibicuję projektowi „Tęsknię za Tobą, Żydzie” od kiedy się o nim dowiedziałam, ale w przeciwieństwie do większości jego zwolenników nie poczułam się ani oszukana ani wściekła, gdy Rafał Betlejewski ogłosił, że zamierza spalić stodołę. Czytam na forach wyrazy oburzonych fanów „tęsknię…”, czytam artykuły, które ukazały się w Gazecie Wyborczej już po spaleniu – i czuję, że nie docierają one do sedna sprawy, że to, co w tej akcji najważniejsze, zostaje pominięte.

W wielu wypowiedziach pojawia się przede wszystkim oburzenie – że śmierć ludzi zostaje przez to zrównana z performerskim gestem, wykorzystana do autopromocji narcystycznego artysty. „Stodoła z Jedwabnego to symbol śmierci ponad tysiąca osób. A to wydarzenie to odebranie ofiarom tego symbolu”, mówią Piotrowi Pacewiczowi Paweł Jędrzejewski i Zuzanna Marczyńska z Forum Żydów Polskich. Jednak, jak zauważa Dorota Jarecka, prac o Holokauście było wiele i zawsze wzbudzały kontrowersje. Nie do końca wiemy, jak i na ile dosłownie można mówić o tak potwornych wydarzeniach, żeby nie obrazić pamięci zmarłych – gdzie jest granica między szacunkiem dla cierpienia a tworzeniem własnej ekspresji? Wydaje się, że stąd niepewność w obliczu takich wypowiedzi, zwłaszcza artystycznie przetworzonych, czyli z definicji przekraczających nasze zwykłe sposoby komunikacji. Ale w tej sprawie oburzenie wydaje się być dużo większe, nastroje gorętsze – dlaczego?

Wyjaśnienie, a zarazem opis tego, na czym polega sens happeningu Betlejewskiego, leży w teorii odegrania (enactment). Jej źródła tkwią w pracach Harry’ego Stacka Sullivana, amerykańskiego psychoanalityka i psychiatry, który w pierwszej połowie XX wieku tworzył pionierską teorię lokującą przyczyny zaburzeń psychicznych nie w jednostce, ale w jej patologicznych relacjach z innymi. Obecnie pojęcie odegrania jest szeroko stosowane w nurcie psychoanalizy interpersonalnej, a jednym z teoretyków nadających mu szczególną wagę jest Donnel B. Stern. Łączy on Sullivanowskie pojęcie nie-ja z własną teorią „niesformułowanego doświadczenia”. Twierdzi, że nie-ja, czyli pewne aspekty naszej tożsamości – często, choć niekoniecznie, będące efektem przeżytej traumy – do tego stopnia burzą nasze poczucie tego, kim jesteśmy, że nie pozwalamy, żeby zostały choćby sformułowane. Nie są wyparte, bo wyparte może być tylko coś, czego kiedyś choćby przez chwilę byliśmy świadomi, a niesformułowane doświadczenie nie może w ogóle pojawić się w świadomości. Pozostaje w nas jedynie pod postacią schematów działania i wychodzi na światło dzienne poprzez odegranie. Ale ponieważ to nie-ja, więc nie mogę sama tego odegrać. Osoby wpadające w sidła tego mechanizmu (a zdaniem Sterna zdarza się to wszystkim, łącznie z doświadczonymi psychoanalitykami), w nieświadomy sposób sprawiają, że to inna osoba odgrywa ów niechciany aspekt naszej tożsamości. Zostaje on wtedy bezpiecznie ulokowany na zewnątrz – to z całą pewnością NIE JA!

Można oczywiście dyskutować, czy uprawnione jest przeniesienie takiej teorii na tożsamość grupową i jej niesformułowane nie-my, ale pisano już o nieświadomości zbiorowej przenosząc na grunt zbiorowy psychoanalizę freudowską, a wydaje się, że psychoanaliza interpersonalna nadaje się do tego nawet lepiej. I w tym wypadku pasuje idealnie. Nie-my boleśnie uwidocznione w geście spalenia stodoły i nieobecne w analizach i komentarzach to właśnie ten fakt, że to zrobiliśmy MY. Nie „zwyrodnialcy z marginesu”, ale ludzie jak my. Członkowie naszego narodu, naszej wspólnoty. Tacy jak Betlejewski, który sam bierze pochodnię i podpala. I postawiłabym tezę, że za oburzeniem na zawłaszczenie symbolu czy zbezczeszczenie pamięci kryje się właśnie bolesna reakcja grupy, której bezczelnie podtyka się pod oczy jej nie-my.

Ale czy rzeczywiście było ono niesformułowane? Przecież były książki, filmy, setki artykułów i dyskusji. Już chyba przetrawiliśmy tę informację, że Jedwabne to my? Czy aby na pewno? Jak odpowiemy na pytanie „Kto podpalił stodołę w Jedwabnem?” Sołtys Zawady mówi: „Czy wina czy nie wina, to zostawmy historykom.” To chyba najpopularniejsza obecnie odpowiedź – sprawa się przewaliła przez media, ktoś tam pewnie miał rację, a ktoś nie – najlepiej to zostawmy. Niektórzy mimo wszystko mówią: „podpalili Polacy” – ale czy ktoś odważy się powiedzieć „my”? Zwłaszcza, że skądinąd wiadomo, że tak naprawdę wcale nie my, bo większości z nas wtedy nie było na świecie. Zbiorowe nie-my wymaga chyba innego rodzaju sformułowania niż jednostkowe nie-ja, bo zawsze jest pokusa odrzucenia identyfikacji z potwornym aspektem zbiorowej tożsamości. Możemy przyjąć ustalenia historyków (na wszelki wypadek dodając, że byli też tacy, co się nie zgodzili i w sumie to było tak dawno, więc kto tam wie na pewno), ale w sferze emocjonalnej oburzać się, gdy Betlejewski bierze pochodnię i – za siebie? czy także może za nas? – osobiście wykonuje ten gest.

Przemilczenie kwestii polskiego sprawstwa i winy widać wyraźnie w artykułach i komentarzach – pojawia się tam ona tylko raz, gdy Piotr Pacewicz pyta sołtysa, czy odczuł polskie winy. Sołtysa – kogoś z nich, ze wsi, nie do końca takiego jak my czytający gazetę. Bo wprawdzie region inny, ale to była nieuczona wieś, motłoch – nie my! Więc Radosław Poczykowski zastanawia się nad taktycznymi aspektami walki z antysemityzmem (nie naszym przecież) i dlaczego Betlejewski postanowił wykonać taki „spektakularny strzał w stopę”, ale jednak dochodzi do wniosku, że może pewien element spektaklu i prowokacji jest niezbędny, żeby zainteresować ludzi, zwłaszcza młode pokolenie. Dorota Jarecka skupia się na kwestii oryginalności i wartości artystycznej, a Piotr Pacewicz i Grzegorz Szymanik opisują atmosferę pikniku i pijaczka, który „chce zobaczyć ogień i iść na mecz”, a tylko u nielicznych „widać dreszcz”. Ani słowa o tym, że to my.

Ale dlaczego właściwie potrzebujemy odkryć owo nie-my? Czy nie można skupić się na naszych dobrych aspektach, na tym jak pięknie potrafimy tęsknić i pisać wspomnienia? Jak pisze Poczykowski, „miło było dzięki Betlejewskiemu poczuć się częścią tej międzykulturowej, polsko-żydowskiej wspólnoty pamiętania”, „nostalgicznej zbiorowości”. Tylko że to nie jest cała prawda, bo pomija przyczyny owej tęsknoty – której przyczyny są przynajmniej częściowo naszego autorstwa. I bez przyjęcia tej winy nie może istnieć „wspólnota cierpienia”, którą chciał odbudować Betlejewski, a jedynie licytacja, kto przecierpiał więcej, bo sprawcy to na pewno nie-my. I skoro Żydzi teraz zabijają Palestyńczyków, to wcale nie są ofiarami, a jedynymi prawdziwymi ofiarami jesteśmy MY. Nigdy nie katami – to zawsze jacyś ONI, których potrzebujemy jedynie wskazać, bo na pewno zawsze się znajdą. Zatem happening i zbiorowa psychodrama Betlejewskiego obnażając nasze polskie nie-my mierzą się nie tylko z naszą relacją do Żydów, ale także ogólniej z polską mentalnością ofiary, która nie bywała katem.

Żeby być razem w cierpieniu, musimy być w stanie ująć obie strony: kata i ofiarę. Nie rozdzielać ich pomiędzy odrębnych aktorów czy zbiorowości, ale zaakceptować ten niewygodny fakt, że mieszczą się w jednej osobie czy tym bardziej zbiorowości. I jest tam także miejsce na pana, który pije piwko i „chce zobaczyć ogień i iść na mecz”. Tacy ludzie też przecież brali udział w tamtej zbrodni – niekoniecznie fanatycznie pełni nienawiści, ale bezmyślnie przyłączający się do spektaklu, jakby to było zwykłe ognisko. Ten pan także jest częścią naszej zbiorowości – bezmyślność i obojętność to także my.

To wszystko wcale nie jest łatwe ani przyjemne. Dlatego nieporozumieniem jest, gdy Dorota Jarecka ocenia akcję Betlejewskiego jako „łatwą psychoterapię”. Uczucie tęsknoty nie jest łatwe, tak samo konfrontacja z kulturowymi skojarzeniami, w których słowo „Żyd” jest równoznaczne z wyzwiskiem. To MY żyliśmy, żyjemy i współtworzymy taką kulturę. Ale samo to rzeczywiście może prowadzić do łatwej i kiczowatej, „nostalgicznej wspólnoty”, której zburzenie wypomina Betlejewskiemu Poczykowski i wielu internetowych komentatorów. Dopiero unaocznienie owego nie-my – pełnych nienawiści lub tylko bezmyślnych morderców – pozwala na pełne zmierzenie się z naszym stosunkiem do Żydów. Sztukę na pewno można oceniać według rozmaitych kryteriów, ale jej głównym zadaniem jest ujęcie rzeczywistości jako całości – także jej niepięknych stron, które właśnie pomija kicz. I to się moim zdaniem doskonale udało Betlejewskiemu poprzez symboliczne przyjęcie tożsamości oprawców i jednoczesne przedefiniowanie tego gestu – tym razem palimy nasze uprzedzenia. Teraz czas na nasz ruch – co w tej akcji zobaczymy: czy artystę żądnego rozgłosu, kicz, piknik, bezmyślnych pijaczków i zmarnowaną szansę na nostalgiczną wspólnotę – czy może nas samych podpalających stodołę i naszą tęsknotę w jej pełnej sprzeczności całości.