Szydłowiec

Żydzi z Szydłowca

Wspomnienia pochodzą ze strony www.pewnahistoria.com

Są to wspomnienia Polaków z Szydłowca pamiętających Żydów szydłowieckich. Wspomnienia dotyczą głównie okresu wojny.

Wspomnienia spisane przez Piotrka.

„Była sobota 9 XI 1939, armia niemiecka weszła do Szydłowca i prawie natychmiast poczuliśmy ciężką rękę okupanta: podatki, godziny policyjne, antysemityzm, plakaty.
Żydzi zaczęli docierać do Szydłowca z innych terenów państwa. Niektórzy ludzie uznali to za znak zbliżającej się katastrofy. Napięcie osiągnęło swój punkt kulminacyjny, gdy dowiedzieliśmy się, że pociągi czekają na stacji kolejowej.”

„Do wszystkich Żydów dotarł rozkaz o zgłoszenie się do określonego miejsca; w przeciwnym razie mogą być zabici. Wszyscy chorzy ludzie w szpitalach zostali zastrzeleni, ponieważ nie mogli się zgłosić. Policja, niemieccy przodownicy, ukraińscy strażnicy wkroczyli pomiędzy nasze szeregi wybierając ludzi. Jankiel, Lejbuś i ja, byliśmy w tej grupie. Nikt nie wiedział, co było bardziej pożądane: pociągi czy Hasag. Pośród tych, którzy zostali zabrani byli mój szwagier Lejbuś Goldner i jego żona Hendl. Oboje później zginęli w Treblince.
Zdrowi ludzie zostali wysłani do fabryki amunicji w Hasag. Wzdłuż dróg widzieliśmy kałuże krwi i ciała zmarłych. Jankiel, Lejbuś i ja pojechaliśmy do Hasag. Getel, nasz szwagier, jego brat Izaak Rosenbeum i jego narzeczona, Fejgel Alpert, moja bratanica Hendl i moja ciocia Estera Goldwaser i inni krewni i przyjaciele wyjechali do Treblinki na śmierć.”

„Byłem jednym z pierwszych wysłanych do obozu Hasag, ale byłem zbyt młody żeby zrozumieć, co taki obóz znaczy.
Przez długi czas pracowałem w fabryce B. Na początku 1944r. przenieśli mnie do fabryki A, gdzie praca była cięższa. W fabryce B przynajmniej było możliwe dostać ziemniaka raz na jakiś czas.
Na szczęście długo tam nie zostałem. Podczas ostatniej selekcji zostałem wysłany do obozu w Częstochowie, gdzie warunki do życia były znacznie lepsze. Niemcy nikogo nie zabijali, jedzenie było lepsze i praca łatwiejsza. Zostałem tam do 17 stycznia 1945r, kiedy Rosjanie przybyli i uwolnili nas. Potem kilku z nas zdołało wrócić do Szydłowca, ale nie mogliśmy zostać. Polacy zagrozili, że nas zabiją jeśli nie wyjedziemy.”

„Z powodu częstych niemieckich najazdów, nasi rodzice zbudowali specjalną kryjówkę dla nas, ale w lipcu 1942 to nie zadziałało. Ja, brat i trzy moje siostry, zdążyliśmy wyjść tylko na podwórze, kiedy nas złapano i umieszczono z tyłu ciężarówki. Tam już było dwóch żydowskich chłopców i związane cielę. Byliśmy pewni, że to koniec. Często zdarzało się, że Żyd złapany z mięsem przy sobie, musiał zginąć. Ale tym razem zdarzył się cud. W drodze, Niemcy gdzieś wyrzucili cielę i przywieźli nas do fabryki amunicji w Skarżysku zwanej „Hasag”.
Praca w obozie była bardzo ciężka. Ubrany w gumowce stałem po kolana w wodzie i chemikaliach, które paliły mnie w ręce i stopy. Przez proces galwanizacji, wytwarzałem miedź z żelaza. Moje siostry i matka dostały łatwiejsza pracę, ale strach, napięcie i głód nas nie opuszczały.
Przebywaliśmy w Hasagu przez dwa lata, do lata 1944, kiedy wsadzili nas do pociągów i wysłali do Częstochowy.
Znów mieliśmy szczęście- byliśmy razem i dzieliliśmy się kawałkami chleba i zupy, dopóki nie zostaliśmy uwolnieni przez Rosjan 16 stycznia 1945r.”

„Pewnego dnia wychodząc do pracy, zauważyłem, nowy transport Żydów. Wśród nich było wielu Szydłowiaków. Wśród przybyłych więźniów zauważyłem mojego ojca. Nie mogłem się do niego zbliżyć nie narażając życia nas obu. Tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały. To był ostatni raz, gdy go widziałem. Nigdy nie zobaczyłem również mojej matki Estery .
Jakiś czas później Ukraińcy zabrali nas do miejsca, gdzie zobaczyłem coś przerażającego. Leżące nieruchomo ciała siedmiu młodych kobiet i pięciu młodych mężczyzn. Wszyscy z Szydłowca. Okazało się, że próbowali uciec z nocnej zmiany. Chcieli wrócić do Szydłowca. Najpierw kazano nam spalić ich ciała, a potem musieliśmy tańczyć na ich mogile. Ukraińcy robili nam zdjęcia.”

Wspomnienia Ozera Grundmana spisane przez Zdzisławę Lorenc Hanusz:

„Był wrzesień 1942, zaczęto wywozić Żydów z Szydłowca, kiedy dotarła kartka z Kielc od Żyda, który uciekł z Treblinki, wtedy dowiedzieliśmy się o krematoriach i okrucieństwach, jakie miały tam miejsce. Ogarnęło nas przerażenie i postanowiliśmy się ukryć na strychu. Po tygodniu znalazł nas Niemiec. Otrzymał pudełko z biżuterią i zamiast na dworzec zawieziono nas do Skarżyska. Tam na placu ustawiono nas po pięciu. Młodych chłopców brano do pracy w fabryce broni „Hasag”.”

Marianna Olszewska wspomina:

„Kiedy spędzano Żydów do zamku, to bardzo płakali. Ludzie żegnając się z nimi współczuli im. Ja nosiłam im mleko do picia i jedna Żydówka dała mi na pamiątkę kolczyki w kształcie podkówki, mówiąc - „Ty masz dzieci tobie się przydadzą, a ja już nie przeżyję””

Zofia Krzemińska:

„Pamiętam jak żandarmi wyganiali z domów Żydów z dziećmi na siłę. W mieszkaniu przy ul Rzecznej, kiedy do mieszkania weszli niemieccy żandarmi, przerażone dzieci, płacząc histerycznie, trzymały się kurczowo rodziców, nie chcąc się z nimi rozłączyć. Żandarm bez skrupułów zastrzelił wszystkich.”

Wspomnienia Zofii Bednarczyk, spisane przez Bartka:

„21 grudnia 1944r nocą, do moich drzwi zastukali wycieńczeni z głodu i zimna kobieta z synkiem i mężem. Była to żydowska rodzina. Błagali o pomoc i ratunek dla ich synka , który był bardzo chory, kasłał i miał wysoką gorączkę. Mąż bez zastanowienia zabrał ich do domu, choć dobrze wiedział że pomoc Żydom groziła śmiercią dla nas i całej wsi. Szybko rozłożyłam łóżko w spiżarni i wysmarowałam chłopca wodą ze spirytusem. Poczęstowałam ich mlekiem i chlebem. Dowiedziałam się, że uciekli z Warki. Szli kilka dni i nocy, ukrywając się w lasach. Błagali, byśmy ich ukryli i tak przetrwali u nas do końca wojny. Ukrywali się w piwnicy, a później na strychu. Każdy dzień przeżyty ze świadomością, że ukrywamy Żydów był dla nas koszmarem. Bałam się o rodzinę.
Każda wizyta Niemców, którzy przyjeżdżali po ziemniaki i mięso, napełniała nas strachem. Po wojnie Jochan z rodziną wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Byliśmy bardzo ze sobą związani i utrzymywaliśmy kontakty jak z rodziną. W 1998 roku Jochan zmarł na atak serca. Dziś dostajemy widokówki z pozdrowieniami od jego syna Jana”

Wspomnienia Pani Józefy Głuch, spisane przez Paulinę:

„Codziennie, z getta w Szydłowcu, Żydzi byli zaganiani do pracy, do Zdziechowa. Pracowali przy osuszaniu łąk. Od świtu do nocy kopali rowy, a po skończonej pracy znów wracali do getta. Żydzi za swoją pracę nie otrzymywali ani pieniędzy, ani jedzenia. Umierali przy kopaniu rowów, umierali w getcie, umierali z głodu i braku higieny. Wielu ginęło po drodze. Gdy ktoś nie miał siły iść, Niemcy go zabijali. Często zanosiłam tym ludziom chleb i wodę.
Pamiętam jak dziś, gdy złapano w Krzcięcinie grupę uciekających Żydów. Prócz mężczyzn, były też kobiety i dzieci. Postawiono ich pod ścianą budynku gospodarczego i rozstrzelano.
Tylko dwóch chłopców ocalało. Mój teść z panem Walentym ukrywali ich w lesie. Wykopali dół w ziemi, obłożyli gałęziami, rozrzucili liście, mchy. W nocy przynosili im jedzenie.”


Autor: Inga P-S


Napisz komentarz

Pola oznaczone * muszą zostać wypełnione.


If you have trouble reading the code, click on the code itself to generate a new random code.
 
Anonymous
Comment
Re: Żydzi z Szydłowca
Komentarz:1 , czw kwiecień 19, 2012, 20:14:26
Bardzo smutne relacje, dziękuję za to że mogłam się dowiedzieć ze Polacy narażając własne życie pomagali.