Warszawa

..... Jakubowski

"Myśmy go zabili, bo był Żydem"

Pan Jakubowski (imienia nie pamiętam), teraz myślę, że miał ok. 30 lat, choć wtedy wydawał się nam, dzieciom, starym. Wynajmował u nas pokój na ulicy Śliskiej 12 w Warszawie. To na pewno było w okresie przed powstaniem w getcie. Rodzice i my, dzieci (było nas w domu pięcioro, ja - przedostatni, lat 7-8), wiedzieliśmy, że pan Jakubowski był Żydem, bo mówił do nas, używając takich słów, jak mycka, chałat, co nas bardzo śmieszyło. Wiedziała też dalsza rodzina z Warszawy, która nas odwiedzała i rozmawiano przy stole na temat "podejrzanego" sublokatora i co nam grozi, jeśli się wyda. Nie wiem, dlaczego rodzice nie ulegli panice i jakie mieli dalsze plany. Pan Jakubowski nie wychodził z domu w dzień, tylko nad wieczorem, na krótki spacer w kierunku ulicy Wielkiej (300 metrów) lub w stronę przeciwną - do ulicy dziś nieistniejącej Komitetowej, chyba w towarzystwie mojego najstarszego brata Cezarego. W domu bawił się z nami. Celowo zagadywał nas "po żydowsku", wiedział, że wiemy, że się ukrywa. Opiekowała się nim młoda, bardzo przystojna o blond włosach kobieta, która przynosiła mu żywność, zabierała rzeczy do prania itp. To ona wynajęła u nas dla pana Jakubowskiego pokój. Zdaje się posługiwała się imieniem Halina. Pracowała jako kelnerka w niemieckiej kawiarni w Hotelu Bristol. Czasami z bratem Leszkiem umawiała nas, aby przyjść pod lokal i wynosiła nam łakocie i prezenty - cud nad cuda dla takich chłopaków, jak my - świetne niemieckie bateryjki do latarki o nazwie AK, która to nazwa wówczas dla nas z niczym się nie kojarzyła. To nie trwało długo - pół roku, może osiem miesięcy - bo któregoś dnia w południe, weszło do nas dwóch gestapowców (jeden był w mundurze, drugi po cywilnemu i mówił po polsku), od razu z korytarza weszli do pokoju, w którym mieszkał pan Jakubowski. Czuliśmy, że stanie się coś strasznego... W domu było nas obecnych troje, albo czworo dzieci, mama i jakaś znajoma (a może ciocia Hela, siostra ojca). Po pewnym czasie usłyszeliśmy dwa, albo trzy wystrzały z pistoletu. Po chwili, do naszego pokoju wszedł ten, co mówił po polsku i wypowiedział słowa, które zapamiętaliśmy na całe życie: "Myśmy go zabili, bo to był Żyd. Ale wam nic nie będzie, bo on was oszukał. Przyjedzie śmieciarka ZOM i go zabierze". I wyszli. Kiedy brat Cezary, otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju, pan Jakubowski leżał twarzą do podłogi w kałuży krwi. Widziałem to. Nie ruszał się. Pamiętam, że zaczęliśmy się wszyscy modlić... Obok ciała leżał pusty biały woreczek na sznurku, w jakim czasami nosi się na szyi dowody, albo kosztowności. Na ścianie przy drzwiach był odłupany kawałek tynku po kuli.

Podziwiam dziś mamę, bo zachowała się w tym momencie bohatersko: naradzała się z osobą, która była z wizytą u nas, jak powiadomić o wydarzeniu panią Halinę, żeby ją przy tym nie wydać, bo może ktoś nas obserwuje. A i dla nas było to niebezpieczne. Za kuriera miał służyć brat Cezary. Wtedy właśnie zadzwoniła do drzwi pani Halina, jak zwykle z pakunkami. Kiedy zobaczyła, co się stało, rzuciła bagaż i przerażona uciekła kuchennymi schodami. Do końca wojny się nie pokazała. Tego strasznego dnia nad wieczorem rzeczywiście zajechał pod dom zakryty samochód ciężarowy Zakładu Oczyszczania Miasta i zabrano zwłoki. W całym budynku było poruszenie, ludzie wyglądali z okien. Pamiętam to, bo bardzo długo żeśmy się tego wszystkiego wstydzili, zwłaszcza przed chłopakami z kamienicy. Kiedy ojciec wrócił z pracy, szorował z bratem dębową podłogę, ale ciemna plama po krwi nigdy do końca nie chciała się zmyć. Potem baliśmy się wchodzić do tego pomieszczenia.

Dom wraz z całym kwartałem ulic miedzy Pańską, Śliską, Sienną i Złotą uległ w drugiej połowie sierpnia 1944 roku zagładzie po ostrzelaniu "krowami", a myśmy cudem wydostali się spod zwałów gruzu wybitym przejściem między sąsiednimi piwnicami. Uciekliśmy do ciotki Janki, mamy siostry, na ulicę Widok. Stamtąd po kapitulacji powstania wraz z setkami innych wyszliśmy przez ulicę Śniadeckich w kierunku Dworca Zachodniego, skąd pociąg zabrał nas do obozu przejściowego w Pruszkowie. Po tygodniu znaleźliśmy się pod Mstowem, we wsi Małusy Małe. Każdy w innej chałupie. Ja trafiłem do młodej rodziny Kluźniaków. Ktoś z nas po wojnie ich odwiedził.

Pani Halina tuż po wyzwoleniu zgłosiła się raz do moich rodziców. Przyniosła dla nas w upominku dużo smacznych rzeczy, ale nie byłem przy tym spotkaniu, bo byłem w szkole. O czym mówili nie wiem, a nas, nastolatków, już to nie obchodziło, więc nie pytaliśmy. Wydarzenia tych tragicznych lat stopniowo uległy zatarciu... Teraz już nie mam z kim o tym wspominać. Biedny pan Jakubowski! Kim był naprawdę, kim była pani Halina, dlaczego to robiła, kto wydał naszego sublokatora, czy gestapowcy byli autentyczni? Bo przecież zostawiono nas w spokoju, a wiadomo, co nam groziło od Niemców... Czy rodzice, wynajmując pokój młodemu Żydowi, świadomie podjęli takie ryzyko? Może nie wiedzieli kogo wpuszczają do domu, a potem po prostu żal im było człowieka? Czy na te pytania jeszcze znajdę gdzieś odpowiedź?

Staszek W.

 

 

 

 


Autor: Stanisław Więckowski


Napisz komentarz

Pola oznaczone * muszą zostać wypełnione.


If you have trouble reading the code, click on the code itself to generate a new random code.
 
Magda
Comment
Śmieciarka
Komentarz:2 , pon luty 15, 2010, 20:36:31
Niezwykłe, że gestapowiec mówił po polsku (Polak?). I ten zwrot: nie bójcie się, przyjedzie śmieciarka ZOM i go zabierze.... Jak stare pudło jakieś... Koszmar...
Saszka Drohobyczer
Comment
Tęsknię
Komentarz:1 , pon luty 15, 2010, 20:34:06
Można się popłakać, czytając to wspaniałe Tęsknię.. Może i nowe słowo w polskim będzie, tym razem rzeczownik: "tęsknię"... jak: napisał dobre tesknie.